fbpx

Kuźnia Barona – rzemieślnicze noże jak małe dzieła sztuki

12 komentarzy

Jednym z założeń projektu „Młode polskie rzemiosło” była chęć pokazania dawnych i nieco już zapomnianych profesji, które raczej kojarzą się ze starszymi panami, ale nam udało się znaleźć młodych ludzi, świadomie wybierających dla siebie właśnie taki zawód. W dzisiejszym odcinku przedstawię wam historię Konrada Barona, który przerwał studia archeologiczne i postanowił zostać kowalem. Ale nie takim od końskich podków albo bram i ogrodzeń, lecz znacznie mniejszych i precyzyjniejszych przedmiotów – profesjonalnych noży dla szefów kuchni.

Jakiś czas temu odwiedziliśmy jego kuźnię, która mieści się w budynkach gospodarczych należących kiedyś do Pałacu w Wilanowie. Zobaczcie najpierw materiał wideo, a w dalszej części jest zapis naszej rozmowy.

Partnerem cyklu „Młode polskie rzemiosło” jest marka Maker’s Mark. Dotychczas ukazały się wpisy z pracowni krawieckiej Krupa i Rzeszutko oraz pracowni kaletniczej Vanilla Custom Leather. Jeśli jeszcze ich nie widzieliście, to polecam.

MRV: W którym momencie życia pojawił się u ciebie pomysł na to, by zostać kowalem?

Konrad Baron: Moja droga zawodowa związana z kowalstwem zaczęła się ponad piętnaście lat temu. To wtedy zacząłem terminowanie u mojego mistrza, pana Tadeusza Hernika, natomiast samo zainteresowanie tą tematyką, to jeszcze odleglejsze czasy. To była wypadkowa dziecięcych zainteresowań i podglądania pracy rodziców od najmłodszych lat. Moi rodzice byli złotnikami i ja też zawsze chciałem robić coś w metalu, natomiast z ich strony była sugestia bym jednak zajął się czymś innym, bo mieli świadomość, że to ciężki kawałek chleba. Ale kręciła mnie też archeologia i właśnie taki kierunek studiów dla siebie wybrałem. Studiów jednak nie dokończyłem (przerwałem je), bo postanowiłem zająć się kowalstwem.

MRV: Rodzice i znajomi z uczelni nie byli zdziwieni, że postanowiłeś zostać pracownikiem fizycznym i to w tak wymierającym zawodzie?

Znajomi trochę byli zaskoczeni (śmiech), natomiast rodzice nigdy nie negowali moich decyzji, nie naciskali na to, że muszę skończyć studia. Zawsze mnie wspierali. Zresztą to tata załatwił mi praktyki u pana Hernika, bo sam kiedyś uczył się u niego metaloznawstwa.

MRV: I jak długo przyuczałeś się do zawodu?

Uczyłem się dwa lata. Początkowo przychodziłem dwa razy w tygodniu, a później to już codziennie. I po tych dwuletnich praktykach podjąłem decyzję, że chcę spróbować robić to samodzielnie na własny rachunek.

MRV: Od razu miałeś w głowie pomysł na noże, czy zaczynałeś od bardziej standardowych zleceń kowalskich?

Zaczynałem od małych i popularnych produktów, ale nie były to noże. Łatwo je było wytworzyć i łatwo sprzedać. Skupiłem się na tradycyjnym kowalstwie bez ściemy, tak jak mnie mistrz Hernik nauczył, czyli bez spawania i innych tego typu „udogodnień”. To miało wpływ na moje ceny (były wyższe od rynkowych) i niestety moje trzy pierwsze kuźnie splajtowały. W międzyczasie musiałem zająć się czymś innym, ale za każdym razem wracałem do kowalstwa.

MRV: Czyli to rzeczywiście musiała być prawdziwa miłość (śmiech). Ale wróćmy do tych noży. Skąd pomysł na taki produkt, bo przecież w sklepach są ich tysiące?

Mam wrażenie, że zawsze ciągnęło mnie w tym kierunku. Pamiętam, że już jako mały chłopiec bawiłem się mieczami robionymi z patyków, więc taka tematyka militarna była mi bliska – miecze, szable, bagnety. W jakimś stopniu na pewno zainspirował mnie do tego także mój brat, który jest szefem kuchni. On testował moje pierwsze egzemplarze i zgłaszał uwagi. Bo to, że ja sobie wymyślałem jakiś nóż to jedno, ale on musiał być narzędziem pracy. Trzeba wiedzieć jakie mają być krzywizny ostrza, jaką ma mieć długość, szerokość i grubość. Wydaje się, że nóż kuchenny to proste narzędzie, ale jest masa parametrów, które trzeba umiejętnie „połączyć”. To są zmienne, które fajnie jest przetestować z kimś, kto się na tym zna, jako tym odbiorcą ostatecznym. Aleks mi w tym pomagał.

MRV: A dlaczego szefom kuchni nie wystarczają produkty znanych profesjonalnych marek z takim asortymentem i sięgają po takie rzemieślnicze produkty jak twoje? Czy to wyłącznie kwestia tego, że te noże rzeczywiście są lepszym narzędziem pracy, czy może jest tu argument prestiżu?

U mnie można naprawdę „uszyć” nóż na miarę. Można to porównać do takiego prawdziwego krawiectwa miarowego, gdzie klient ustala z krawcem każdy, nawet najmniejszy detal, więc kluczowa jest tu ta bardzo szeroka personalizacja – to, że klient otrzymuje nóż, jakiego nikt inny nie będzie miał. Nóż wtedy staje staje się czymś więcej niż tylko płaskownikiem, który jest odpowiednio obrobiony i naostrzony. Poza tym te noże są ładne, a ludzie lubią ładne rzeczy i oryginalność. Coraz więcej osób docenia też kunszt pracy ręcznej.

MRV: Znam już twoje motywacje, znam motywacje klientów, ale pogadajmy teraz o kwestiach technicznych, które mnie zawsze najbardziej interesują w takich pracowniach rzemieślniczych. Co jest u ciebie materiałem wyjściowym do tworzenia noża? Bo widzę w twojej pracowni przeróżne pręty, ale widzę też arkusze blachy.

Zacznę od tego, że podstawowym materiałem jest u mnie stal narzędziowa. Ona jest sprzedawana w różnych formach. Czasem punktem wyjścia jest blacha, a czasem płaskownik lub pręt. Wynika to z tego, że huty nie zawsze mają z danego gatunku stali blachę. Ja najczęściej zaczynam pracę od prętów i płaskowników. Czasem trafiają do mnie też zupełnie nietypowe półprodukty, jak fragment wręgi ze starego okrętu, miałem kiedyś takie zlecenie. To są totalnie unikalne materiały, które też „podbijają” tę personalizację o której mówiłem.

MRV: A ty, jako mały rzemieślnik jesteś w ogóle interesującym klientem dla hurtowni sprzedających stal?

Szczerze mówiąc, nie (śmiech). To co ja kupuję, to są niezauważalne ilości, więc jakoś muszę sobie radzić, by zdobywać ten materiał, tym bardziej, że nie jest on tani, więc nie jestem w stanie kupować dużych ilości na zapas. Kupuję to na bieżąco. Stal narzędziowa na której ja pracuję jest kilkanaście razy droższa od takiej zwykłej. Pokażę ci taki nieduży prostokąt blachy właśnie ze stali narzędziowej (Konrad pokazuje mi arkusz blachy o wymiarach około 80×60 cm). Można z niego wyciąć zaledwie kilka noży, a trzeba za ten arkusz zapłacić około sześciu tysięcy złotych.

MRV: Można by rzucić znanym hasłem „Panie, a z czego to jest? Ze złota?”…

Stal narzędziowa ma zupełnie inny proces technologiczny.  W dużym skrócie: miesza się proszki różnych metali, a następnie spieka się je pod wysokim ciśnieniem i przy wysokiej temperaturze. Ten proces jest dużo droższy niż wytop takiej standardowej stali. Ponadto same składniki są dużo droższe, bo są to metale ziem rzadkich.

MRV: Spróbujmy zatem w prosty sposób wyjaśnić moim czytelnikom, co musisz zrobić z takim płaskownikiem – czyli dość prostym i surowym produktem hutniczym – by stał się on pięknym nożem, jaki możemy zobaczyć chociażby na twoim Instagramie.

W pierwszej kolejności trzeba rozgrzać taki materiał wyjściowy, czyli pręt lub płaskownik, by stał się plastyczny. Ja używam do tego pieców gazowych. A później to już wchodzą stare technologie znane od setek lat, czyli młot i kowadło. Przy produkcji noży najczęściej korzystam z technologii san mai. Nazwa ta wywodzi się z języka japońskiego. Mówiąc obrazowo, jest to taka trzywarstwowa „kanapka”, którą robi się z trzech stalowych elementów: boki są nierdzewne, sprężyste, a rdzeń, czyli ten środkowy element jest tym faktycznym nożem z twardszego i niesprężystego materiału. Uważam, że ta technologia jest wręcz doskonała, dlatego najczęściej jej używam w nożach uniwersalnych, ale warto dodać, że nie przy wszystkich typach noży ta technologia się sprawdzi. Na przykład przy nożach do filetowania ryb i do sushi musi być technologia dwuwarstwowa.

MRV: A jak się robi taką „kanapkę”?

Trzeba wyciąć trzy, mniej więcej jednakowe prostokąty z blachy lub z płaskownika. Układamy je później we właściwej kolejności jak kanapkę i wkładamy do pieca, gdzie w temperaturze około 1150 stopni Celsjusza te trzy elementy ulegają zgrzaniu. Następnie trzeba to przekuć na monolit, czyli trwale połączyć te trzy warstwy. Można to zrobić w walcarce albo za pomocą młota i kowadła. I to właśnie na kowadle następuje ta najbardziej widoczna przemiana płaskownika lub pręta na coś, co zaczyna już przypominać nóż. Dalej to już są kolejne etapy wykańczające, czyli wielokrotne i pracochłonne szlifowanie oraz wykonanie rękojeści. To tak w dużym uproszczeniu, bo jest to jednak wiele godzin pracy.

MRV: No właśnie, czy możesz zdradzić ile sztuk noży jesteś w stanie wykonać w skali miesiąca?

Jeśli chodzi o duże noże, których wykonuję najwięcej, to jest to 4-5 sztuk miesięcznie, więc to pokazuje jak bardzo pracochłonny jest to proces.

MRV: Przypuszczam, że gatunków stali jest kilkadziesiąt. Skąd czerpiesz wiedzę którego rodzaju stali użyć w projekcie który robisz?

Z książek, z obserwacji, z rozmów (Konrad pokazuje regał na którym jest kilkadziesiąt specjalistycznych książek). Dodatkowo co jakiś czas badam to co robię. Wysyłam swoje próbki do laboratoriów, które się tym zajmują, bo nie jest sztuką przekuć stal. Sztuką jest nie popsuć jej właściwości. Obecna technologia produkcji stali poszła tak do przodu, że ja, jako kowal, mogę popsuć jej właściwości, stąd konieczność kontrolowania co jakiś czas tego, co wychodzi z mojej kuźni.

MRV: Stal to jedno, wiadomo, że bez tego nie może się obejść żaden nóż, ale jest także rękojeść. Z jakich materiałów je wykonujesz?

Najczęściej wykonuję z tego, co znajdę. Dość długo zbieram już drewno i staram się odkładać sobie to, co mi się spodoba albo ma jakąś ciekawą historię. Tak było na przykład z oliwką syberyjską, której mam spory zapas, a było to drzewo na którym spędziłem większość swojego dzieciństwa. Niestety ktoś je musiał wyciąć, ale udało mi się zdobyć kilka kawałków, które pociąłem, wysuszyłem i korzystam z nich. Lubię takie produkty z historią. Ale są też zlecenia w których kupuję inne gatunki drewna czy specjalistyczne materiały, czyli tzw. drewno stabilizowane. To drewno, które w procesie produkcji nasącza się specjalną żywicą, dzięki czemu jest ono bardzo trwale zaimpregnowane.

MRV: Widzę w twojej kuźni bardzo starą walcarkę. Jak ona do ciebie trafiła?

Tak, to urządzenie z długą historią. Jej dokumentacja techniczno-rozruchowa ma wbity rok 1934, więc rzeczywiście jest bardzo stara. Walcarka pracowała wiele lat w mennicy państwowej, ale później wielokrotnie przechodziła z rąk do rąk. Zanim trafiła do mnie, to przez dwadzieścia lat stała na świeżym powietrzu w ogrodzie, jako kwietnik (śmiech). Udało mi się ją odkupić i przy stosunkowo niedużym nakładzie pracy przywrócić do życia. Oczywiście cały czas z niej korzystam, nie jest to eksponat.

MRV: Od czego zaczyna się twoja rozmowa z klientem? Co musicie ustalić, by był on w pełni zadowolony z tego, co otrzyma?

Muszę wiedzieć do czego ten nóż będzie wykorzystywany. Na jakich deskach pracuje klient. Jak często będzie ten nóż używał. Jakie ma preferencje jeśli chodzi o rozmiar i proporcje. Czy jest lewo, czy praworęczny. Czy ma jakieś swoje wytyczne wypracowane na podstawie wieloletniego doświadczenia. Na podstawie tych informacji powstaje projekt. Każdy nóż wychodzący z mojej kuźni jest inny, dopasowany do preferencji klienta. Nigdy nie korzystam z gotowych szablonów i staram się by każdy wyglądał inaczej.

MRV: Porozmawiajmy chwilę o tym jak takie tradycyjne rzemiosło odnajduje się we współczesnych metodach komunikacji i promocji. Czy dla ciebie internet to istotny kanał pozyskiwania klientów? Pytam, bo wiem, że wielu świetnych rzemieślników ma z tym problem.

Tak, wręcz nawet jedyny. Czasy się zmieniły i jeśli ktoś nie jest w stanie się do tego dostosować, to nawet najlepszy produkt sam się nie sprzeda. Jednak to już nie są te czasy, że na ulicy, czy we wsi był jeden kowal i klient nie miał wyboru. Trzeba się zatem dostosować do tych nowych metod komunikacji. Bez tego nie uda się żaden biznes. Jeśli ludzie nie znajdą cię w internecie, to ciebie po prostu nie ma. Oczywiście ja wolałbym żeby było tak jak kiedyś, że o tym czy klient wybierze twoją ofertę decydowała dobra renoma, a nie to, czy odpiszesz mu w godzinę, bo jak nie, to wyśle wiadomość do kogoś innego. Mało komfortowa jest praca z jedną ręką w piecu i drugą w telefonie. Nie chciałbym brać udziału w wyścigu kto jest pierwszy, lecz kto jest lepszy.

MRV: Widziałem, że poza działalnością taką czysto produkcyjną zajmujesz się także prowadzeniem kursów. Skąd ten pomysł? Dodatkowe źródło dochodu, czy po prostu chęć edukowania podobnych pasjonatów jak ty?

Szczerze mówiąc tutaj edukacja i chęć zarobku schodzi na dalszy plan, a na pierwszym jest chęć zarażenia ludzi pomysłem. Ludzi niesamowicie pociąga fakt, że z pręta możesz zrobić niemal wszystko, w dodatku jest to dość proste. Przestaliśmy tworzyć tak na co dzień i to jest jeden z minusów naszych czasów. Kiedyś ludzie robili znacznie więcej wokół siebie, byli bardziej zaradni.

MRV: A to są kursy dla osób, które już pracują w tej branży, czy takie „świeżaki” jak ja też mogą się zapisać?

Trafiają do mnie osoby początkujące, które chcą na własne potrzeby wykonać jakiś prosty nóż i tu nie trzeba mieć jakiegoś doświadczenia w takich pracach. Jeśli ktoś z twoich czytelników będzie chciał spróbować, to zapraszam do kontaktu ze mną. W najbliższym czasie organizuję fajną inicjatywę o nazwie „Kucie ze śmieci”. Polega to na tym, że jadę na złomowisko i wybieram przedmioty, które będą się nadawały do ponownego wykorzystania, czyli przekucia ich na noże. Robimy to wspólnie na zajęciach w mojej pracowni.

MRV: O, ciekawy pomysł, to może i ja się skuszę :) Konrad, bardzo ci dziękuję, że pokazałeś mi ten zapomniany zawód i te małe dzieła sztuki, które tworzysz.

Gotowe produkty wychodzące z Kuźni Barona możecie zobaczyć na jego Instagramie.

Zdjęcia i materiał wideo: Bonder / Skweres

PARTNER CYKLU:

Strona zawiera treści reklamowe dotyczące napojów alkoholowych i jest przeznaczona wyłącznie dla osób pełnoletnich. Aby z niej korzystać, musisz mieć ukończone 18 lat. Prosimy o nieudostępnianie i nieprzekazywanie prezentowanych na niniejszej stronie treści osobom niepełnoletnim, jak również o niezapraszanie osób niepełnoletnich do odwiedzania niniejszej strony. Stock Polska Sp. z o.o. wspiera politykę odpowiedzialnego spożywania alkoholu. Więcej informacji na: www.pijodpowiedzialnie.pl

Podobne wpisy

Subscribe
Powiadom o
12 komentarzy
Oldest
Newest Most Voted
Inline Feedbacks
View all comments
Aleksander
18 dni temu

Jaram się jak ten piec na zdjęciu!

Teodor
16 dni temu

Tzw. knifemaker, po polsku chyba nożorób. Tego typu kowalstwo bardzo zyskało na popularności w ostatnich latach, powstały warsztaty, sklepy je obsługujące, nawet programy tv na ten temat. Noże dla kucharzy, dla survivalowców, dla bushcraftowców itp. piękne rzeczy potrafią robić tacy kowale. Choć niektórzy się czepiają, że jakie to kowalstwo jak oni tylko noże klepią, często nie potrafią nic innego, a jakieś rzeczy z ruchomymi częściami to już kompletnie czarna magia. P.S. Panie Konradzie proszę pamiętać o BHP, o ochronie dróg oddechowych.

Zegar Mistrz
16 dni temu

Miałem okazję poznać brata Konrada, czyli Aleksandra Barona w jego kultowym bistro na Solcu (już nie istnieje). Świetny facet, z bardzo dużą wyobraźnią smaku. Ale przyznam, że nie wiedziałem, że jego brat robi tak piękne rzeczy. Uzdolniona rodzina :)

Jacek
16 dni temu

Bardzo ciekawy artykuł, tylko przydałoby się jakieś zdjęcie z wyrobem finalnym…

Michał
15 dni temu

Czy autor mógłby opisać swój outfit? Miła odmiana od marynarek i garniturów.

Andrzej
15 dni temu

Michale z szacunku do Twojej osoby udałem się niedawno do miasta Kielce. Dworzec autobusowy robi wrażenie. Wizjonerski projekt w końcu doczekał się na godne materiały. Wrzucaj może częściej zdjęcia ze swojego heimatu – na zachętę i dla inspiracji do wyjazdów.

Marcin
14 dni temu

Kapitalny artykuł, świetna odskocznia od mody! Przyznam, że nie znałem Pana Barona wcześniej, a chętnie zainteresuję się jego wyrobami. Polecam również Michała Sielickiego vel Trolsky dla pasjonatów „nożoróbstwa”.

MUAS – ceramiczne rzemiosło z Mokotowa | Mr Vintage - rzeczowo o modzie męskiej - Porady i Blog
4 dni temu

[…] Kuźnia Barona – rzemieślnicze noże jak małe dzieła sztuki 8 października 2021 11 […]